czwartek, 23 sierpnia 2012

Od czegoś trzeba zacząć- Avon

No właśnie od czego mogła zacząć nastolatka bez stałych dochodów, za to z przeogromną miłością do perfum we krwi. Z pomocą przyszedł Avon.

Pierwsze w mojej Avonowej kolekcji były Pur Blanca i Passion Dance. Do dzisiaj królują w katalogach i na ulicach. I tak jak popularność świetlistej, delikatnej, lecz nie banalnej Pur Blanki jest dla mnie całkiem zrozumiała, tak fenomenu Passion Dance nie pojmuję. To znaczy; doceniam zapach, sama zużyłam dwie flaszki, ale jak na target Avonu i rok 2003, to PD wymykało się standardom. Trochę męski, trochę drzewny, w ogóle nie kwiatowy zapach podbił serca kobiet, którym Avon serwował prostsze w odbiorze mydlane pachnidełka. Pachniałam nim z przyjemnością, przyzwoita trwałość i niska cena sprawiły, że jeszcze nie skończyłam pierwszej flaszki, a już kupiłam drugą. I tak jak Avon zmieniał wygląd flakonów większości swoich flaszek, tak paskudna, toporna i absolutnie tandetna flaszka PD została bez zmian. Lubię ładne flakony, ale nie przywiązuję większej wagi do tego w jakiej formie posiadam zapach. Plastikowe czy szklane atomizery mnie nie przerażają, za to paskudna bordowa bryła Passion Dance straszyć mnie będzie już zawsze.

Kolejnymi zapachami, za którymi szalałam był piękny klasyk, elegancki, stonowany i wszystkim bardzo dobrze znany Little Black Dress oraz limitowanka TTA In Bloom. Zwłaszcza za tymi ostatnimi szalałam i choć nigdy nie udało zdobyć mi się całej flaszki, wszelkie próbki zużywałam w ekstazie. Po latach perfumeryjno-internetowej edukacji zrozumiałam, że to słabość do wszelkich białych kwiatów (jaśminu, kwiatu pomarańczy, lilii) budziła we mnie tak silne emocje w stosunku do TTA In Bloom. Miał w sobie coś unikalnego, nieuchwytnego, nie pachniał jak pozostałe kosmetyki tej firmy i bardzo żałuję, że był jedynie limitowanką.

Skoro jestem już przy zapachach obecnie niedostępnych w sprzedaży... Blue Rush to wycofany już z produkcji zapach. Świeży, ozonowy, lecz przy tym elegancki i niebanalny zapach przypominający duchem L'eau D'Issey- Issey Miyake czy Ming Shu Yves Rocher. Trudno mi wyobrazić sobie, że słabo się sprzedawał, ponieważ nadawał się idealnie na upały. Mroźny powiew Blue Rusha orzeźwia w nawet najbardziej upalne popołudnia, przy czym dzięki temu, że zrezygnowano z jakichkolwiek nut cytrusowych nie przypomina męskiej wody kolońskiej, co czasem takim świeżuchom się zdarza.

Ostatni już z mojej Avonowej kolekcji zapach- Exotic Beaches jest chyba największą moją porażką w przypadku zakupów w ciemno. Z tego co mi wiadomo, tradycja lekkich letnich i co najważniejsze tanich limitowanek, jest w Avonie praktykowana do dziś. EB zapoczątkowały tę tradycję i cudem jej nie zakończyły. EB są po prostu brzydkie. Pachną jak miks dwóch produktów w proszku: przeterminowanej oranżady pomarańczowej oraz taniego detergentu do prania. EB wąchane na skórze daje w nosie efekt musujący, jakby ktoś nam tę oranżadę rozpuszczał w nozdrzach. Kupione w ciemno, nie powąchane nawet z kartki w katalogu stały się moją osobistą traumą, ale jak widać na zdjęciu udało mi się je od czasu do czasu użyć. Perfumoholizm zaś, nie pozwolił mi na zaprzestanie kupowania w ciemno.

Nie znam Avonowych nowinek, bo nie mam jak. Czasem gdzieś zdobędę próbkę czegoś, ale w moim otoczeniu nikt się tym nie zajmuje i nie mam jak poznać nowości. Czasem pozytywne recenzje kuszą (jak np. Far Away Exotic), ale ciągle coś innego wpada mi w oko i nigdy nie zdarza mi się kupić. A szkoda, bo jestem pewna, że kilka ciekawych perełek na pewno przez lata udałoby mi się jeszcze poznać. 


PS. Szata graficzna większości moich Avonowych flaszek jest prehistoryczna, ale na plus fakt, iż po wieloletnim odpowiednim przechowywaniu- zapach perfum jest niezmieniony. Szacun dla firmy, za to, że nie wypuszczają łatwo psujących się bubli.